sobota, 15 czerwca 2019

O wymagającym dziecku... i dlaczego tak ciężko się czyta książkę Searsów

Pierwsze sześć miesięcy życia mojego dziecka to był koszmar! Trzy pierwsze w ogóle wyjęte z życia - z tego okresu pamiętam tylko wrzask i bieg z wózkiem po wertepach, bo wtedy przestawała krzyczeć. W sklepie zakupy robiłam w biegu i nigdy nie byłam pewna, czy uda mi się wziąć wszystko z półek i dojść do kasy. Kilka razy wybiegałam ze sklepu (ludzie w kolejce do kasy rozstępowali się niczym Morze Czerwone) z pustymi rękoma, bo jak ZATRZYMAŁAM SIĘ w odpowiednim dziale, żeby znaleźć potrzebny mi produkt, to nagle i bez uprzedzenia zaczynał się wrzask. Nie, nie przesadzam! Umarłego by podniosło!

Przez pierwszy miesiąc słyszałam, że to normalne, że to noworodek i że zaraz przejdzie. I że każdy to przechodził. Naprawdę? Wszystkie dzieci śpią maksymalnie 9 godzin na dobę w pierwszych miesiącach życia? I wymieniając tę zawrotną liczbę nie mam na myśli snu ciągłego, tylko czas wszystkich drzemek (5-20 minut/jedna) zebranych łącznie w dzień i w nocy. I najlepiej na rękach?


Fizjoterapeuta zalecił chustę - była świetnym hamakiem, córka zupełnie nie dawała się motać. Położna zaleciła codzienne spacery, że będzie lepiej spała i się uspokoi. Pierwszy nasz spacer w wózku trwał 20 minut, był sprintem wokół osiedla i towarzyszył mu płacz. Zasnęła, jak wracaliśmy zziajani do domu. Na pięć minut. Przejazd samochodem? W mieście tragedia, modliłam się, żeby tylko nie zapały się czerwone światła, bo w ryk! Na trasie było ok, przy prędkości 100 km/h, ale gdy tylko tata zwalniał - wrzask zaczynał się od nowa!

Pocieszeniem miało być stwierdzenie, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka na świecie to czwarty trymestr i przejdzie... Trzy minęły, a my z bezradności zaczęliśmy maraton po specjalistach. Niby wyszedł refluks, ale leki działały krótko, o ile w ogóle, a stres przy podawaniu był mega. Neurolog stwierdził rozwój prawidłowy... pediatra też. A ona płakała od pierwszego porannego karmienia z przerwami na kolejne i na te nieszczęsne spacery, aż do zaśnięcia wieczornego.

Spacery sprintem i po wyboistych uliczkach to była moja specjalność. Długość 6 km minimum, z przerwą na uciszenie wrzasku piersią. Każda wyprawa poprzedzona była wrzaskiem przy ubieraniu się. KAŻDA. Zazdrościłam mamom, które siedząc na ławce piły kawę, czytały książki albo spacerowały wolnym tempem oddychając świeżym powietrzem parku... Ja wbiegałam do parku, a gdy wózek cichł zaczynałam chodzić, pijąc kawę, jedząc i  korzystając z telefonu. (Po raz pierwszy na spacerze usiadłam w Dzień Matki, gdy Be miała prawie rok).

Właśnie podczas jednego z takich spacerów natknęłam się w internecie na sformułowanie High Need Baby i zaczęłam czytać wszystko na ten temat. Pchając wózek brzuchem napisałam nawet post na https://www.wymagajace.pl/ Nagle wszystko stało się jasne, choć trudno było nam, rodzicom, pogodzić się z faktem, że to TYLKO taki temperament. Wydawało się, że jednak cierpi skoro się pręży, tyle płacze, nie umie się wyciszyć, ze snu wybudza się nagle i z wrzaskiem i to nawet po 10 minutach.




Obiecałam sobie, że zgłębię temat i przeczytam książkę-biblię dla rodziców hajnidów. "Księgę Wymagającego Dziecka" Searsów zamówiłam dawno, ale dopiero jak Bogusia zaczęła "normalnieć" (czyli po skończeniu roku) ją otworzyłam.

Pierwszy rozdział to opis zachowań wymagającej córki Searsów. No jakbym czytała o Bogusi. Tylko zbyt łagodnie napisane miejscami, według mnie.

Drugi rozdział rozwiał wszelkie wątpliwości, czy to na pewno High Need Baby. Wszystkie, ale to absolutnie WSZYSTKIE słowa i zwroty charakteryzujące dziecko wymagające pasowały do Bogusi: intensywne, nadaktywne, wyczerpujące, częste karmienia (dodałabym jeszcze długie), domagające się, często się wybudza, niezaspokojone, nieprzewidywalne, nadwrażliwe, nieodkładalne, niedotykalskie, samo się nie uspokoi, wrażliwe na rozłąkę... Żałowałam, że nie przeczytałam wcześniej, byłoby mi łatwiej odeprzeć ataki ze strony bliskich - że ją nauczyłam płakać, że przyzwyczaiłam do noszenia, że ją źle wychowałam i że na pewno coś jej jest.
Natomiast cytowane w tym rozdziale wypowiedzi rodziców, którzy "tak świetnie się odnaleźli w roli rodziców wymagających dzieci" i "mnóstwo na tym skorzystali" i "ich życie stało się ciekawsze" straszliwie mnie denerwowały. Bo ja nie uważam, że moje życie zyskało i jak dotąd nie czuję radości z macierzyństwa... mam tylko nadzieję, że kiedyś poczuję się dumna jako mama - dumna z tego, że stworzyłam prawdziwą więź między mną a moją córką i pełen akceptacji i miłości dom rodzinny. Kiedyś...

Trzeci rozdział dotyczy płaczu dziecka i jego znaczenia. Be wpada w histerie do tej pory, kilka razy dziennie i nadal nie zawsze potrafię odgadnąć, o co jej chodzi. Myślę, że jak zacznie mówić i będzie mogła komunikować swoje potrzeby w sposób werbalny, będzie nam wszystkim trochę lżej. Natomiast sposoby tulenia tego płaczu, zupełnie dziwaczne -  "zrób listę rzeczy, na które reaguje płaczem." - WSZYSTKO?

Czwarty rozdział dotyczy sposobów uspokajania wymagającego dziecka. Mega trudny rozdział do przeczytania - nie przyniósł nic nowego poza świadomością, że wszystkie z zaprezentowanych sposobów wypróbowaliśmy. I, jak wszystko w przypadku naszego dziecka, działało przez jeden dzień do tygodnia maksymalnie; o ile w ogóle zadziałało. Nie mówiąc już o tym, że wiązanie małego dziecka przodem do świata w chuście jest w ogóle niewskazane!

Przy czytaniu kolejnych dwóch rozdziałów, myślałam, że rzucę książkę w kąt! Opisy doświadczeń rodziców wymagających dzieci są mega przygnębiające. Nie potrzebuję o tym czytać, wystarczy, że sama tak się czuję, np: "czasem czuje się zagubiona", "Wyobrażam sobie inne życie i czuję się winna" albo to: "nigdy nie uważałam, żebym miała sprawy pod kontrolą". Z jednej strony świadomość, że nie tylko ja jestem zdołowana jest pomocna, ale z drugiej - czytanie o tym, tylko te uczucie beznadziei potęgowało.

Wskazówki, co można dla siebie zrobić są pełne tak cukierkowych opisów z życia wziętych, że aż niedobrze się robiło. W szóstym rozdziale można przeczytać, jak to spacer przyniósł dziecku i mamie ukojenie oraz o tym, że "posiadanie wymagającego dziecka to błogosławieństwo, a nie przekleństwo". Moje ulubione zdanie z tej części książki to: "czas spędzony z dzieckiem nie tylko wzmacnia nasze ramiona, ale też buduje naszą rodzinę". Moich ramion ciągłe noszenie zdecydowanie nie wzmocniło; wręcz przeciwnie - miałam ogromne problemy z nadgarstkami przez kilka miesięcy (zespół de Quervain) i początkowo terapie, ortezy i tabletki znaczącej poprawy nie przynosiły...

Kolejny rozdział dotyczy wypalenia matki. Nie muszę dodawać, że to o mnie, prawda?

Rozdziały 8-10 zawierają konkretne wskazówki dotyczące opieki nad dziećmi. Te zdecydowanie warto przeczytać, nie tylko jeśli nasze dziecko jest wymagające. Opisują problem zasypiania i w jaki sposób możemy pomóc dziecku się wyciszyć; karmienie piersią i/lub mieszanką oraz problem nadwrażliwości pokarmowej i innych dolegliwości brzuszkowych oraz co możemy zrobić, żeby im zaradzić.

I tak oto dotarłam do drugiej części książki - "Wymagające dziecko rośnie". Najpierw opis przypadku matki z trójką wymagających chłopców i porównanie ich codziennych zmagań do przejażdżki kolejką górską - dla mnie średni.
W kolejnych rozdziałach (moim zdaniem najbardziej przydatnych dla rodziców trochę starszych pociech) są sposoby wprowadzania dyscypliny do życia hajnida, w jaki sposób przekazywać nasze wymagania i  prośby, by nie spotkały się z atakiem histerii i nie zaprzeczały emocjom dziecka.
A na koniec wisienka na torcie - wspaniałe cechy charakteru, które mają szansę rozwinąć się u wymagających, jeśli rodzice praktykują "troskliwy styl wychowania".

Ostatni rozdział "Historie ekspertów" to opowieści rodziców, którzy przetrwali najgorsze momenty wczesnych lat życia swoich dzieci i doczekali happy-endu w postaci empatycznych, wrażliwych, sprawiedliwych, świadomych, wytrwałych, ufnych i samodzielnych w podejmowaniu decyzji młodych ludzi.

Te dwa ostatnie rozdziały natchnęły mnie nadzieją na lepsze jutro oraz dodały sił w podążaniu tą jakże wyczerpującą drogą rodzica Wymagającego Dziecka. Wytrwałości i cierpliwości w wychowywaniu hajnidów Wam i sobie życzę. A książkę mimo wszystko polecam ;)
I zapraszam na grupę na fb: "Zabiegani Zaangażowani - grupa wymiany doświadczeń dla Rodziców"

poniedziałek, 27 maja 2019

Testujemy z trnd

Po raz kolejny udało mi się zakwalifikować do testowania produktów poprzez platformę trnd. Za pierwszym razem były to kapsułki Vizir - swoją drogą genialne! Ostatnio kupiłam w promocji, zapach jakby nieco inny, ale nadal przyjemnie intensywny.

Obecnie jestem w procesie testowania REWELACYJNEJ LOKÓWKI! Cudo wygląda jak tulipan, a że uwielbiam kwiaty, to jestem na TAK!





 W ramach testów Philips udostępnił kilka urządzeń. Lokówka zawsze pozostawała w mojej strefie marzeń. Jako posiadaczka prostych drutów, zawsze marzyłam o włosach kręconych. Nie jeden raz próbowałam, ale po spędzeniu połowy dnia na kręceniu włosów i wdychaniu lakieru - efekt utrzymywał się około dwóch godzin - dałam sobie spokój. Marzenie, by mieć fryzurę jak gwiazda filmowa pozostało, szczególnie teraz, gdy jako matka hajnida nie mam za wiele czasu.

Jeśli chodzi o czas - trzeba go jednak trochę poświęcić. Firma zaleca podawać niewielkie pasma włosów. więc jeszcze całej głowy nie nakręciłam. Ale... te kilka pasm, to zrobiło wrażenie! Pięknie pofalowane, trzymały się przez całą dobę i to bez użycia lakieru! A to jest ogromny plus!

Jak już sprzedam dziecko tacie w któreś popołudnie, to zrobię się na bóstwo! Obiecuję!


czwartek, 18 kwietnia 2019

Czytanie globalne z obrazkami - "zrób to sam"

Z okazji Świąt Wielkanocnych nasza ukochana strona BrillKds zorganizowała obniżkę - 10%. A dodatkowe - 10% można otrzymać ze specjalnym kodem. Kod, który otrzymałam od firmy za swoje poprzednie zamówienie i którym mogę dzielić się z innymi to: BKAFF194102.

Jeśli nie jesteście zainteresowani zakupami przedświątecznymi - nic nie szkodzi. Na stronie jest mnóstwo darmowych materiałów i inspiracji.

Po zalogowaniu się na stronę brillkids.com można skorzystać z darmowej dziesięciodniowej wersji próbnej programów do nauki muzyki, matematyki i języka angielskiego. Przy czym dziesięć dni oznacza materiał do realizacji w tym czasie, a możemy go powtarzać wielokrotnie i dużo dłużej.

Dodatkowo po wejściu w zakładkę LIBRARY, otworzy się przed Wami świat materiałów do wczesnej edukacji. Żeby zaktywować tatę, wybrałam karty w języku polskim - "rzeczy, które nosimy / zakładamy". Mniej więcej w tym samym czasie w programie BrillKids do czytania globalnego po angielsku pojawiały się "Things we wear", więc Bogusia miała kombo ;)


 Flash cards są gotowe do wydruku na stronach o formacie A4. Po złożeniu na pół - po jednej stronie jest napis, a po drugiej kolorowa ilustracja. Dodatkowo zabezpieczyłam na czas "nauki" wkładając do koszulek o formacie A5.

To zainspirowało mnie do stworzenia moich własnych flash cards. Jako ilustracje wykorzystałam zdjęcia z gazetki jednego z dyskontów, wycięłam i nakleiłam na kartki. Napisy wydrukowałam i nakleiłam na białe kartki A4 po obu stronach (z jednej strony wersja angielska, z drugiej polska). Włożyłam do koszulek i... voila!


sobota, 6 kwietnia 2019

Pomysł na szybki piątkowy obiad

Na pewno też to macie - jesteście w sklepie i stwierdzacie, że pora obiadowa tuż, tuż, a w lodówce pustki... I co tu zrobić? Znowu naleśniki / placki? Wypadałoby rybę, bo piątek. Ale jaką? Kupić gotowca w panierce? Nie bardzo...

Właśnie w takich rozterkach byłam wczoraj w sklepie, gdy zauważyłam w jednej z zamrażarek opakowanie:



Aha! Ciekawe, jaki ma skład! Oto on:

Czyli niezły! Maltodekstryna jest wielocukrem, bezpiecznym dodatkiem do żywności, który spożywany w rozsądnych ilościach nie wywołuje negatywnych skutków. Ma co prawda wysoki indeks glikemiczny, ale łyżeczkami jej jeść nie będziemy. Natomiast E551 to krzemionka, która w produktach spożywczych pełni funkcję środka zbrylającego i substancji klarującej. To składnik o korzystnym wpływie na zdrowie, w związku z faktem, że w dzisiejszych czasach znaczna część populacji cierpi na niedobór krzemu...

Po przyjściu do domu, przeanalizowałam tylną stronę opakowania jeszcze raz i postanowiłam skorzystać z podpowiedzi przystawki - zrobiłam więc pure z kalafiora.




Ryba była super - gotowa po ok. 16 minutach pieczenia, mniej więcej tyle czasu zajęło mi zrobienie pure oraz ugotowanie ziemniaków. W smaku niezła, delikatnie posolona i przyprawiona cytryną, z dość mocno wyczuwalnym młotkowanym pieprzem. Bez ości. Zjadłam ze smakiem. 

Zadziałała też magia talerzyka świeżo zakupionego na aliexpress. Ziemniaki weszły nawet, nawet; kalafior szybciej wyszedł z buzi niż do niej trafił, za to rybę Bogusia zjadła ze smakiem, ale dostała partie ze środka (bez pieprzu).



Talerzyk się sprawdził - uatrakcyjni obiad i zapobiega mieszaniu się smaków. Ryba sprawdziła się też, firma Gelpeixe produkuje też inną wersję morszczuka - we włoskich ziołach. Dam znać, jak wypróbujemy. Życzymy smacznego!

czwartek, 21 marca 2019

Uwielbiam promocje, a Wy?

Każda z nas ma wyobrażenia na temat, jaką mamą będzie. Oczywiście jesteśmy w nich zadbane, uśmiechnięte, tryskające energią i pomysłami i ZAWSZE mamy czas dla naszego dziecka (na wspólną zabawę i rozmowę, na tworzenie mega ciekawych materiałów edukacyjnych, itp.), a dziecko jest zawsze zadowolone i uśmiechnięte i ma ochotę (wręcz nie może się doczekać!), żeby czegoś nowego się nauczyć / dowiedzieć.

Jeśli chodzi o mnie, trzy pierwsze przymiotniki pominę, ale na tryskaniu energią (po dwóch kawach i połowie tabliczki czekolady - nawet, nawet...) i pomysłami się skupię. Oraz na chęci uczenia się przez dziecko - zawsze jest, tylko czasami mega krótko.

Otóż pomysłów mam mnóstwo, gorzej z czasem na ich przygotowywanie. Niemniej jednak, codziennie zajmujemy się matematyką i czytaniem globalnym w języku polskim i angielskim. Czasowo różnie - w zależności, ile materiałów dzień wcześniej udało mi się przygotować i jak chętne do zabawy jest dziecko po nieprzespanej nocy. Dodatkowo, korzystamy z gotowych materiałów lub tworzymy własne o świecie. Taka wiedza encyklopedyczna w pigułce, z ciekawym obrazkiem.

W przekazywaniu wiedzy o świecie pomaga mi i inspiruje strona www.adventure-in-a-box.com/. Jest tam mnóstwo pomysłów do wykorzystania w domu i nie tylko - od kolorowanek, poprzez zeszyty ćwiczeń i gry planszowe na własnoręcznie robionych zabawkach kończąc. Są to materiały do drukowania pogrupowane sezonowo. Część z nich jest dostępna za darmo, część za opłatą - w formie pdf do ściągnięcia.

Dlaczego piszę o tym właśnie dzisiaj? Otóż zaczęła się promocja z okazji piątych urodzin strony i wszystkie materiały kosztują z kodem BIRTHDAY5 połowę ceny. Gorąco polecam!

P.S. My skorzystałyśmy i jesteśmy posiadaczkami zestawu o przyrodzie!

 

środa, 6 marca 2019

Z wózkiem przez park...

Ileż razy każda z nas, mam, myślała o ćwiczeniach. Albo że fajnie jest spacerować, ale łażenie z wózkiem to jednak nuda… A przecież spacer wcale nie musi być rutynową przechadzką po osiedlu albo do sklepu. Można go połączyć z aktywnością fizyczną – można przy okazji wyjścia z domu zrobić coś dla siebie! I o tym właśnie przekonałam się rok temu, gdy poszłam na trening buggy gym w ramach corocznej akcji „Rusz powietrzem z BuggyGym”.
Zajęcia prowadziła instruktorka Ewa Jedynasty. Było dość chłodno i ponuro, ale kilka szalonych mam postanowiło się z dziećmi wyrwać na spacer przez park i centrum miasta. Zanim zaczęłyśmy ćwiczenia, Ewa rozdała nam ulotki i krótko opowiedziała, dlaczego warto wyjść zimą z domu i gdzie ten spacer odbyć, żeby jednak był korzystny i dla mamy i dla dziecka. (więcej informacji tutaj).



W trakcie „spaceru” wykonujemy ćwiczenia aerobowe, wzmacniające i rozciągające. Czasami robimy przystanki i wtedy ćwiczymy wokół wózków. Za sprzęt służą nam butelki z wodą, ławki w parku, mur i oczywiście wózki.
Taki spacer mam wzbudza zainteresowanie przechodniów i zdarza się, że spontanicznie jakaś mama się do nas przyłącza. Uwielbiam też tatusiów, którzy okazują się troskliwymi mężami, wypytując kiedy są treningi, żeby żona mogła przyjść następnym razem.

W sezonie wiosenno-letnim treningi organizowane były co tydzień i cieszyły się znacznie większą frekwencją. Czasami towarzyszyły im spotkania z fachowcami „od kobiecości” - dowiedziałam się, jak ćwiczyć mięśnie dna miednicy (dzięki spotkaniu z mgr Eweliną Danowską) i stałam się posiadaczką przepięknego zdjęcia (wykonanego przez Historie obrazkowe). 



A na koniec ćwiczeń przy pięknej pogodzie organizowałyśmy piknik połączony z blw i szaleństwami na placu zabaw tych starszych pociech.


Akcja „Rusz powietrzem z BuggyGym” odbywa się cyklicznie raz w roku w sezonie zimowym. Czemu nas w tym roku zabrakło? Otóż moja 19-miesięczna córka rozpoczęła okres buntu i zaproponowała swoją własną interpretację ćwiczeń z wózkiem na osiedlu…


Czekam z niecierpliwością na kolejny trening. Może tym razem dotrzemy w komplecie...

poniedziałek, 18 lutego 2019

Wnioski po konferencji wydawnictwa Pearson


Nie ma chyba nauczyciela języka angielskiego, który nie wziął udziału w ani jednej konferencji organizowanej przez wydawcę podręcznika, z którego korzysta na co dzień, bądź konkurencyjnego. Nie ma konferencji, na której nie chwali się rozwiązań proponowanych przez podręcznik nam znany, bądź nowy, do którego powinniśmy przekonać naszych uczniów. I niby tym razem było podobnie, a jednak zupełnie inaczej...

Po pierwsze konferencja odbywała się w sali kinowej! Po drugie wniosła mnóstwo wiadomości związanych z działaniem mózgu nastolatka, przedstawionych przez neurobiologa i neurodydaktyka,  dr Marka Kaczmarzyka w formie krótkich filmów. Po trzecie zaprezentowała dwie nowe pozycje wydawnicze dla uczniów szkół średnich, wykorzystujące najnowszą wiedzę dotyczącą funkcjonowania mózgu nastoletniego człowieka.

Co lubi mózg nastolatka?

To pierwsze pytanie, z którym zmierzył się dr Kaczmarzyk. Chodzi o to, by informacje przekazywane uczniom miały cechy ułatwiające ich zapamiętywanie. Powinna charakteryzować je:

- NOWOŚĆ - to, co nowe przyciąga (myślę, że nie tylko nastolatka), a jednocześnie kojarzy się z przyjemnością,

- ZASKOCZENIE - dobrze zapamiętamy kawał z zaskakującą puentą, a regułkę już niekoniecznie,

- OPOWIEŚĆ - nie lubimy izolowanych, oderwanych od siebie wzorów, regułek, faktów. Kontekst jest ważny dla mózgu, a opowieści nas uwodzą i pozwalają lepiej zapamiętać nowe elementy,

- CZŁOWIEK - jako, że jesteśmy gatunkiem społecznym, chętniej wybieramy i zapamiętujemy informacje dotyczące innych ludzi.

Te cztery cechy można znaleźć w każdej PLOTCE, ale raczej trudno w formie plotki przekazać wiedzę dotyczącą np. czasów gramatycznych. Niemniej jednak powyższe elementy można wpleść przygotowując wprowadzenie do lekcji - zaskakujące pytanie (Do underwater forests exist?), kalambur, rozgrzewkę (If I had to describe myself in 6 words, I would say...) lub konstrukcję (I'm so... (adj.), I ... (verb, noun).

Jak pamięta mózg nastolatka?

Nastolatki zapominają większość z tego, co wydarza się wokół nich. Źle uczą się i zapamiętują w stresowych sytuacjach. Młodociane mózgi nie radzą sobie, gdy napływa do nich zbyt wiele informacji i bodźców. Brzmi, jakbyśmy my-nauczyciele, byli na straconej pozycji. W dodatku, prowadząc lekcję, koncentrujemy się na pojedynczym uczniu...

A okazuje się, że pamięć działa lepiej, gdy nasi uczniowie pracują w grupach, ponieważ uzupełniają swoje kompetencje i wymieniają się swoimi doświadczeniami. Wspólnie pracując posiadają 90% potrzebnych informacji. Pamięć robocza, to ta "tu i teraz" - umożliwia zapamiętanie 5-9 jednostek informacji w danej chwili. Jeśli my nauczyciele zakłócamy pracę uczniów nad jakimś ćwiczeniem, rzucając mimochodem, informacje o np. zmianie planu dnia następnego, możemy mieć pewność, że tylko połowa uczniów tę informację przyswoi (kosztem zadania), druga połowa nawet jej nie zarejestruje, ponieważ jest skupiona na zadaniu... Mózg nastolatka z takim natłokiem sobie nie poradzi, a jeszcze gorzej zapamiętują uczniowie, którzy lubią swoich nauczycieli (sic!).

Wniosek dla nas płynie jeden - ponieważ pamięć operacyjna jest ulotna, powinniśmy jako nauczyciele dobrze gospodarować czasem podczas lekcji i podawać informacje odpowiednimi dawkami. A przede wszystkim przeprowadzić wywiad, aby wprowadzać NOWY materiał odwołując się do tego, co już uczniowie wiedzą. Młodym umysłom przydadzą się też powtórki i ćwiczenia systematyzujące dotychczas zaprezentowany materiał.

Jako przykład podano ćwiczenie polegające na przyporządkowaniu wyrazów związanych z domem / mieszkaniem do różnych kategorii, sformułowanych tak, by pozwolić uczniom na odwołanie się do ich osobistych doświadczeń.

Wypisz: - najczęściej używane pomieszczenia,
              - elementy konstrukcji domu,
              - przedmioty niezbędne do funkcjonowania w domu,
              - przedmioty, które najczęściej znikają.

Powyższe zadanie można wykonać na początku lekcji, jako rozgrzewkę lub też na końcu, jako powtórzenie przedstawionego podczas lekcji materiału.

Innym pomysłem jest zabawa w dokończenie zdań, np. I live in ... (type of a house). My house is made of ...

Reasumując, stosujemy zasadę 3 P: PORCJOWANIE, PERSONALIZACJA, PRZETWARZANIE.


Czego potrzebuje mózg nastolatka?

Pomiędzy 12 a 17 rokiem życia następuje silna reorganizacja kory mózgowej i co za tym idzie selekcja połączeń. Dojrzewanie wpisane jest w rozwój i rzeczywistość społeczną, jedyne co możemy zrobić, to poprawić relacje z uczniami, by lepiej ich zrozumieć.

Więcej o tym, podczas wystąpienia dr Marka Kaczmarzyka na Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej - Nauczyciel przyjazny mózgowi.

I jeśli mamy być otwarci na potrzeby uczniów, ponieważ EDUKACJA = RELACJA, to trzeba ich czasem dopuścić do głosu i skrzętnie notować informacje, którymi zechcą się z nami podzielić. Można pozwolić zaproponować tytuł debaty lub wypracowania. Można się pokusić o zrobienie memów, które ich rozbawią, bądź zapisanie adresów stron internetowych zgodnych z ich zainteresowaniami - najprzyjemniej uczyć się angielskiego, kiedy dotyczy on najciekawszych dla nas tematów.

O wymagającym dziecku... i dlaczego tak ciężko się czyta książkę Searsów

Pierwsze sześć miesięcy życia mojego dziecka to był koszmar! Trzy pierwsze w ogóle wyjęte z życia - z tego okresu pamiętam tylko wrzask i bi...